czwartek, 30 lipca 2015

Rozdział 5. "Mieliśmy się znowu zaprzyjaźnić, miało być jak dawniej."

     Umówiliśmy się w pobliskim parku, od którego dzieliło nas jedno przejście przez ruchliwą ulice. Wybrałam moment w którym samochody były jak najdalej od nas i szybko przeszłam na drugą stronę. Po chwili zauważyłam, że Huberta nie ma obok mnie. Nagle usłyszałam klakson samochodu i głośny pisk opon, gwałtownie odwróciłam głowę za siebie. Na drodze był ogromny korek, trzy samochody zderzyły się ze sobą. Zdenerwowana zaczęłam wołać Mika, w głowie miałam najgorsze myśli. Nie trzeba było długo czekać na interwencje policji, która wraz z karetką szybko pojawiła się na miejscu wypadku. Podbiegłam do wychodzącego z samochodu sierżanta, chciałam go prosić żeby znalazł Huberta, lecz nie mogłam wydusić z siebie ani jednego słowa. Kaszląc i dławiąc się łzami czekałam, aż wywnioskuje o co może mi chodzić. Wysoki mężczyzna chyba mnie zrozumiał, gdyż zapytał:
-Ktoś z pani bliskich był na drodze w trakcie wypadku? Przechodził przez ulice czy jechał samochodem?
I w tym momencie dotarło do mnie, że mogę go już nigdy nie zobaczyć. Co jeśli nie żyje? Zniknął? Nie ma go. Co z jego rodziną, przyjaciółmi, zespołem, fanami, co ze mną?! Bez niego wszystko będzie inne, dopiero co wrócił. Mieliśmy się znowu zaprzyjaźnić, miało być jak dawniej.
-Słyszy mnie pani?
Pogrążona w myślach, zapomniałam o policjancie stojącym tuż obok mnie. Uniosłam dłoń i pokazałam mu jeden palec, miało to oznaczać, że wybieram pierwszą "opcje".
-Ten ktoś przechodził na drugą stronę tak?
Zebrałam w sobie ostatki sił i odparłam:
-Razem, szliśmy razem. On nie dotarł, niech pan go znajdzie-z żalu upadłam na ziemię.
Grupka ludzi zebrała się wokół mnie, nagle usłyszałam znajomy głos. Podniosłam głowę i zobaczyłam Filpa, chłopak pomógł mi wstać.
-Huberta tam nie było, prawda-zapytał drżącym głosem.
Bez odpowiedzi rzuciłam się mu na szyje, wtulona w niego zaczęłam moczyć mu podkoszulkę łzami.
-On żyje, prawda?
Nie potrafiłam mu odpowiedzieć, sama spodziewałam się najgorszego. Do dziś nie wiem dlaczego Filip nagle zjawił się na miejscu wypadku, ale wiem że gdyby nie on nie przetrwałabym tak dużego szoku.
-Karetka-krzykną, po czym chwycił mnie za rękę i pociągnął w jej kierunku.
Lekarze wieźli kogoś na noszach w jej stronę, Przyjrzeliśmy się bliżej poszkodowanej osobie, to był Hubert! Żył, mężczyźni podali nam adres szpitala do którego mieli go zawieść. Szybko popędziliśmy do samochodu Filipa i ruszyliśmy za karetką.
     Gdy dotarliśmy na miejsce przeszedł mnie przeraźliwy dreszcz. Bałam się że chłopak może być w naprawdę ciężkim stanie. Phil powtarzał mi że powinnam być optymistką, ale w takich momentach trzeba być przygotowanym na wszystko, nawet na śmierć. Nie mogli udzielić nam wiadomości na temat jego stanu zdrowia, gdyż nie byliśmy jego rodziną. Zdesperowana skłamałam, że jestem jego narzeczoną. Lekarz wpuścił mnie do sali, gdzie powiedział że chłopak został potrącony, ale nie odniósł poważniejszych obrażeń.
-Jest trochę poobijany, zostawimy go na obserwacje. Jeśli wszystko będzie dobrze po jutrze powinien wrócić do domu, niech się pani o nic nie martwi.
Byłam bardzo zadowolona, nawet pozwolił mi do niego wejść.
-Panie Hubercie, przyszła pańska narzeczona.
Mike podniósł głowę i spojrzał na mnie, po czym odparł:
-Cześć, kochanie.
Zadowolona podeszłam do jego łóżka i ucałowałam go w policzek:
-Dzięki Bogu, że nic ci nie jest.
-Nie mogę teraz umrzeć, mam za piękną narzeczoną.
Usiadłam obok niego, a on chwycił mnie za rękę.


4 komentarze: